© Copyright poezja.eu 2006   poezja[at]poezja.eu  Nasze banery  Redakcja
Georges Seurat, Niedzielne popołudnie na Grande-Jatte
Na skróty
Tadeusz BorowskiTadeusz Borowski - ur. 12 XI 1922 w Żytomierzu, zm. 3 VII 1951 w Warszawie, prozaik, poeta i publicysta. Autor katastroficznego poematu Gdziekolwiek ziemia..., tomiku wierszy Imiona nurtu, zbiorów opowiadań Pożegnanie z Marią, Kamienny świat. więcej »
paramour
w kuluarach nocy rozdarta prawda
pędzi na oślep niepodkutym koniem
pod suknią Ewy pod żebrem Adama
gniewem płonie grzywą powiewa
męczy ją czekanie
nuży podróż bezkresna
w kajdanach myśli
w kokonie przemijania
nim otworzy usta
zaparska zasapie
strzeli kopytem
oczy czarne jak heban zmruży
przystanie na chwilę
odpocznie
potem powali się na murawie
zanim znów pogalopuje
pod płaszczem ciemności osłoni
schowa głęboko tajemnice
do następnej przejażdżki
tęsknota
czekam nieustannie
zapalczywie chłonę tykanie zegara
pożeram światło - dnia nowiu i pełni
odmierzam ziarnka piasku w klepsydrze
jedno po drugim
przesypuję je
jak rok - z dnia na dzień starszy pod laską
kiedy odejdzie zatęsknię
nie za nim
lecz za cieniem
tym z innego jutra
co judaszowym okiem będzie mnie zdradzać z przemijaniem
cudzym Bogiem i tronem
przed którym w milczeniu przejdę zaraz po tobie
wariatka I
stoi przy zakratowanym oknie
z dłońmi zaciśniętymi na wąskim parapecie

z twarzą zesztywniałą bladą
sponiewieraną starością bez zmarszczek

kiedy wróci do pustego mieszkania
zrobi to jeszcze raz

jest w tym dobra

za którymś razem się uda
musi tylko szczelniej pozamykać okna
wariatka II
stoi za zakratowanym oknem
z pięściami gniewu zaciśniętymi na brudnym parapecie

z blizną obłąkania wyrytą na czole
w szkaplerzu z powroza na trupim ciele

już nie wróci do pustego mieszkania
ostatni raz zrobiła to doskonale

za którymś razem musiało się udać

teraz tylko cicho w kącie
musi narodzić się po raz drugi
sumienie

nie zauważyłam
że stoi z boku
nagi z ogoloną głową
z kalectwem bezradności
i walizką ubóstwa
i palcami wykrzywionymi artretyzmem

że prosi o pomoc
głosem niemym bez języka
z zaciśniętą krtanią
i oszronionymi mrozem ustami

że wyciąga rękę
naznaczoną zastrzykami czasu
i pociąga mnie za rękaw nowej bluzki

a ja tylko odwracam bezdusznie wzrok
i zatrzaskuję przed nim ostatnie drzwi
legenda
zdechł wreszcie
jednorożec jednooki jednoskrzydły
w sklepie na schodach
podeptany niezauważony
nie postawiono mu pomnika
mogiły
ani pamiątkowej płyty
ktoś odkroił kawałek kopyta
odciął białą grzywę
mięso nadgniłe rozdziobały wrony
kruki odprawiły modły
rachunek sumienia
niezliczone szepty po Bogu pierwsze
grzechy nagradzane pokutą
za jestestwem kamień węgielny
wczoraj nieobecne
modlitewnik otwarty na pierwszej stronie
różaniec do rąk wzięty
winy nie do wymazania
uparte wolą pozaustrojową
żywe prawdziwe - jak wieczne słowo
sumienie płonące szkarłatem przeszłym ciemnością
napominane nakazem

chwila
co przemija jak oddech
pęka jak choinkowa bombka
odradza po kryjomu
umiera
powrót lady Łazarz
pamięci Sylwii Plath

znowu jestem
wróciłam na dobre
- a przynajmniej tak mi się zdaje

pokonałam bariery światów
i za nic mam
czasoprzestrzenie

zaczynam pokutę
w nowy ciele
czy rozpoznasz mnie?


mam krótkie rude włosy
niebieskie oczy
ale to samo spojrzenie

blask chwały zaległej
zgniły w grobie
- spospoliciał

odzyskam go
bo znowu mam trzydzieści lat
i mogę umierać wiele razy

jestem w tym doskonała
po przodkach
- solidny germański fundament

ludzie nie mogą się nadziwić
więc piszą długie petycje do Boga
wiecznym piórem bez atramentu

a ja tylko się uśmiecham
odzyskując powoli siły
bo mam talent

prawdziwy
do umierania i powrótów
dar pradawnych wschodnich bogów

nie odrodzę się z dnia na dzień
zrobię to sukcesywnie
z narastającym napięciem

bo kulminację trzeba osiągać stopniowo
- to wzmaga apetyt
wygłodniałego widza

zaawansowany bieg wydarzeń
podzielę na kawałki
by ostatecznie złożyć go w całość
po drugiej stronie lustra
napotykane twarze są z alabastru
półprzeźroczyste nieszlifowane
pachną lasem i marszczą się bez powodu
zastygają w bezruchu znienacka
- błogości pejzażu farb olejnych głodne
nieme w lustrzanym odbiciu
- dygocąc w próżni ferują nietykalność
bogatsze w doświadczenia lewitują

spadają - bezosobowo
dwie Persefony
jak odbicie w lustrze niewierne
mijamy się idąc tuż obok
odliczając dni przeklęte
zmieniamy oblicza balansując na krawędzi
- liny co dwa światy trzyma bez końca
i odmieniamy się przez przypadki
- porządkując rzeczywistość białymi tabletkami
sen naprawia
blady świt burzy
niepoukładane oblicza przyszłości bez nadziei
która garściami kradnie złudzenia
ledwie muśnięciem rozdaje

tak wtedy raz jeszcze się narodzić
zagarnąć drobinę materii planety zgubnej
na pastwę meteorów dni odmierzając ostatnie
i iść
w poświacie pod słońce promieni
sklonowanych szeptów słuchając po kryjomu
odgarniając z czoła kosmyki siwych włosów

nie będąc aniołami umieramy
za dnia strasząc ciałem nadgniłym
niczym syjamskie bliźniaki
zespolone okiem proroka
starych ksiąg biblijnych słowem
nigdy nie rozłączone
dwie boginie
Persefony
jego ...
... słowa - namiastką
nieskazitelnej obłudy z pozłacaną ikoną w tle
- pustka po dziewicy zarysowana tanim ołowkiem
ma wypełnić brakujące ogniwo
emanować
rzeczywistość domniemaną cząstką wyboru
nie marnując ani jednego dnia

... udawanie staje się z czasem sztuką
nadchodzi na przekór
- sześć stóp nad ziemią
bałwochwalczo igrając z losem
stąpa po morzu - odgarniając fale złą karmą
na kolejne wcielenia
powstrzymuje
zastygając w marmurowym nagrobku


... zauroczenie trwa krótko
uchodzi z pierwszym pierwiosnkiem
- kołuje nad bezludną wyspą
wiatru skrzydłem nadłamanym
w zarysie kondora
zakrzywionym dziobie
tortur syzyfowych
strun orfickich brzmieniu
bladym policzkiem znaczy czas
samotność
nie jestem ofiarą lecz spełnieniem
zaklinam smutki i uciszam radość
a niebo jest mi posłuszne
- kiedy cierpliwie zliczam jego niedoskonałości
w każdym dziś
cząstka samouświadamiania rozdziera mnie na pół
przyśpieszając bieg wydarzeń
krucha niedowartościowana materia
przenika przeze mnie
ewoluuje

odradzam się
w zwyczajnym jutrze
na przekór obcowania z Bogiem
osaczona namolnym przemijaniem
jakaś cząstka obumiera i rodzi sie na nowo
by rozliczać mnie z czynów
i gilotyną odcinać głowę która odrasta
w kokonie marzeń i nadziei
zanikam
Reklama
Współczesna poezja polska  |  Klasyczna poezja polska  |  Teoria i Krytyka  |  Ogród Luizy. Forum poetyckie.  |  Inne: interpoezja, katalog...
© Copyright poezja.eu 2006. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kontakt: poezja[at]poezja.eu   adsrv

stat4u